grube tematy

20 KILOGRAMÓW MNIE UBYŁO

20_kilogramow_mniej
napisane przez Joanna Ka

20 kilogramów mnie ubyło, czyli różnica w moim wyglądzie jest zauważalna. Historia schudnięcia jest bardzo popularnym tematem i nie dziwią mnie te wszystkie pytania: Jak udało Ci się schudnąć?! Sama lubię czytać historie innych ludzi, w jaki sposób tego dokonali i jak się z tym czują. W tym poście postaram się odpowiedzieć wyczerpująco między innymi na pytania: Jaki jest mój sposób na chudnięcie? oraz: Jak się z tym czuję?

 

KIEDY?

Swoją najwyższą wagę osiągnęłam na wiosnę 2013 roku. Czyli dokładnie 3 lata temu. Spędzałam wtedy wiele godzin przed komputerem, a z domu wychodziłam tylko do pracy i do sklepu. Oczywiście po jedzenie. Jadłam dużo i niezdrowo. W tamtym czasie byłam totalnie zdominowana przez zaburzenia odżywiania i pomimo uczęszczania na terapię grupową dla bulimików i anorektyczek, nie potrafiłam zerwać z tym nałogiem. Wczesnym latem 2013 roku moja waga przestała rosnąć, a z czasem zaczęła spadać w dół.

JAK?

Na lipiec 2013 roku miałam zaplanowany wyjazd (na stałe) do Australii. Na miesiąc przed wylotem przeprowadziłam się do domu rodziców i tam przestałam się objadać. Wpadłam wręcz w głodówkę. Osoba długo chora na zaburzenia odżywiania przestaje odczuwać głód i sytość. Oba są zdominowane przez emocje, a w tamtym czasie byłam zestresowana zbliżającym się wyjazdem. Stres albo zajadam, albo zagładzam.

Wyleciałam. Osiedliłam się po drugiej stronie kuli ziemskiej i postanowiłam choć trochę przejąć kontrolę nad swoim odżywianiem. Stworzyłam sobie zasadę: nie jem SAMA słodyczy, czipsów i tego typu śmieci (są to moje zapalniki, tym się objadam). Jak z każdym porzuceniem nałogu, na początku jest trudno, ale udało mi się! Przez około rok trzymałam się tej zasady i coś słodkiego, lody itp. jadłam tylko w towarzystwie. Mój ówczesny partner wiedział z czym się zmagam, więc kiedy wieczorem, do filmu, szamaliśmy litrowe opakowanie lodów, on był tym, który mówił: „Na dziś już wystarczy.” i wynosił pudełko do zamrażalnika. Oczywiście nigdy nie obyło się bez negocjacji, ale zawsze dawałam za wygraną, bo wiedziałam, że ma rację i robi to dla naszego dobra.

Przez pierwsze pół roku życia w Australii nie pracowałam. Byłam mocno zamknięta w sobie i ciężko było mi nawiązać nowe znajomości. W ciągu dnia, kiedy mój partner był w pracy, nie miałam co ze sobą zrobić, więc zapisałam się na siłownię. Lubię ćwiczyć. Lubię sport, mimo iż nigdy na poważnie żadnego nie uprawiałam. Byłam bardzo skupiona na tym, że grubej nie wypada i ludzie będą się na mnie patrzeć i oceniać.

W ciągu pół roku schudłam 12 kilogramów. Chodziłam na siłownię 4 razy w tygodniu i tak naprawdę jadłam, co chciałam (przy zachowaniu zasady, że nie objadam się sama), nie miałam żadnej konkretnej diety. Często i gęsto na kolację była pizza i lody.

Po tym czasie waga zatrzymała się w miejscu, bo przestałam chodzić na siłownię. Zaczęłam chodzić do szkoły i pracować na pół etatu. Po kilku miesiącach przybyło mi kilka kilogramów.

Następnie nastał trudny okres w moim życiu. Długo dojrzewałam do decyzji, aby wrócić do Polski. Stres towarzyszył mi na każdym kroku. Złamałam swoją zasadę raz, drugi… Nałóg zawsze grzecznie czeka na przywołanie. Czai się za rogiem i czeka na odpowiednią chwilę, aby przypomnieć o swoim istnieniu. Naprzemiennie zajadałam i głodziłam stres.

 Pierwszą połowę 2015 roku spędziłam już w Polsce. Dostosowywałam się do starego, nowego życia. Emocjonalne objadanie się towarzyszyło mi niemalże codziennie, ale już nigdy nie wróciło do poziomu sprzed kilku lat. Poprzez terapie grupowe i indywidualne, jakie odbyłam na przestrzeni kilku lat, zyskałam zrozumienie choroby, jaką jest zaburzenie odżywiania się. Pozwoliło mi to choć trochę przejąć kontrolę nad swoim żywieniem. Moja waga stała chyba w miejscu.

W lipcu 2015 roku przeprowadziłam się do Gdańska. Znów zaczęłam odżywiać się śmieciowo. Nie dlatego że lubię. Nie ma nic fajnego w rewolucjach żołądkowych, trądziku na twarzy i złym samopoczuciu (bo nie dostarczam swojemu organizmowi zdrowych, niezbędnych składników do normalnego funkcjonowania) po zapchaniu się pizzą czy kebabem, którego składu wolę nie znać. Nie raz na jakiś czas, codziennie.

Przyszedł moment DOŚĆ. Czułam się źle, bez energii, a żołądek błagał o chwilę przerwy. Zaczęłam planować swoje posiłki i pakować pojemniki do pracy. Robiąc zakupy, starałam się trzymać kilku zasad: jeść pieczywo pełnoziarniste, produkty jak najmniej przetworzone, więcej warzyw i owoców… Pisałam o tym tutaj i tutaj. Podsumowując ten okres, zmiana nawyków żywieniowych na zdrowsze odżywianie wyszła mi nienajgorzej. Były wpadki, były tygodnie objadania się, ale ogólnie udało mi się przyzwyczaić swój organizm do jedzenia bardziej wartościowych posiłków. Efekt? Koniec chronicznych problemów z żołądkiem, poprawa w wyglądzie skóry, ogólnie dużo lepsze samopoczucie i więcej energii do codziennego funkcjonowania. Nie ważyłam się w tym okresie, ale raczej ubyło niewiele, bądź wcale.

W grudniu 2015 i styczniu 2016 roku miałam lekki breakdown. Nic mi się nie chciało. Chodziłam do pracy, robiłam nadgodziny, a w wolnym czasie oglądałam filmy i seriale. Sporadycznie wyszłam gdzieś ze znajomymi. Nie chciało mi się planować posiłków, więc znów na obiad i kolację pojawił się jakiś fast food lub „coś słodkiego”.

Niepoprawnie, dziwnie i prawdopodobnie głupio zabrzmi to, że lubię ten moment, kiedy czuję się już tak beznadziejnie, że przychodzi ten moment DOŚĆ. Uświadamiam sobie wtedy, że na zbyt długo znów wpuściłam depresję do swojego życia i nadszedł czas przegonić ją w podskokach. Życie może być piękne, to wszystko zależy ode mnie! Być może naprawdę trzeba upaść na dno, żeby z impetem się od niego odbić.

Pod koniec stycznia zapisałam się na siłownię. Pisałam o tym tutaj :). Chodziłam i nadal chodzę 3-4 razy w tygodniu po 1:15 – 1,5 godziny. Robię sobie trening ogólnorozwojowy plus cardio. Po raz kolejny zmieniłam swoją dietę. Odstawiłam fast foody, dokładnie czytam etykietki, aby produkt był jak najmniej przetworzony, dodatkowo zwracam uwagę, żeby jeść jak najmniej glutenu i laktozy. W mojej diecie dominują mięso, jajka, jogurty i twarogi (w większym markecie są takie bez laktozy), warzywa i owoce.

Moja dieta nie jest idealna. Ciastko do porannej herbaty musi być. Czasem i na wieczór, po pracy, urządzę sobie „ucztę”. Dlatego od nowego roku ubyło mnie niecałe 10 kilogramów. Gdybym nie miała tych uczt i wpadek, byłoby to na pewno więcej, ale to nic. Szklanka jest do połowy pełna i jestem z siebie dumna, że każdego dnia, kiedy mam wolny poranek, wstaję i idę na siłownię.

Kilka miesięcy temu zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Odkąd biorę leki, czuję się dużo lepiej. Mam więcej energii, nie zasypiam w każdym możliwym miejscu o każdej porze dnia i chyba mój nastrój trochę się ustabilizował. „Łatwiej” mi się myśli i prawdopodobnie w połączeniu z siłownią, mój metabolizm rozkręcił się. W internetach wyczytałam, że niedoczynność tarczycy może być też odpowiedzialna za pogłębienie depresji.

W maju miałam trzytygodniową przerwę od siłowni. Wydziarałam sobie pół ręki :) W trakcie gojenia się rany, wysiłek fizyczny nie jest zalecany. Tak więc na ten moment moja waga stoi w miejscu, ale od tego tygodnia powróciłam do ćwiczeń.

Na początku tego roku nosiłam rozmiar 48/50. Teraz jest to duże 46. Do lata chciałam osiągnąć rozmiar 44. Nie wiem czy mi się uda, ale to nic! Najważniejsze dla mnie jest to, że udało mi się wprowadzić zmiany w swoim życiu, które nie są tylko słomianym zapałem i nie trwają kilka tygodni, a już kilka miesięcy. I mam nadzieję, że będą trwały jak najdłużej, aż staną się codzienną rutyną i koniecznością! W sumie to już tak trochę jest :)

DLACZEGO?

Przypominam sobie ten czas, kiedy byłam w swojej najwyższej wadze. Mieszkałam wtedy w bloku, na czwartym piętrze. Razem ze współlokatorką chodziłyśmy na zakupy do Tesco. Wracałyśmy do domu obładowane żarciem i piwskami. Pamiętam, że na to ostatnie piętro wdrapywałam się zdyszana i zapocona. Tak samo jak moja pięćdziesięcio-kilowa koleżanka. Prowadziłyśmy wtedy siedzący tryb życia. Z pracy przed komputerem wracałyśmy do domu przed komputer. Do tego dziennie schodziła paczka fajek na głowę.

Od kiedy z życia codziennego wyeliminowałam papierosy i alkohol, zaczęłam RUSZAĆ SIĘ poprzez chodzenie na siłownię i swoją dietę, składającą się głównie z czekolad i fast foodów, wzbogaciłam o bardziej wartościowe posiłki, standard mojego życia poprawił się OGROMNIE. I czułam (czuję) się coraz lepiej, im dłużej jestem aktywna fizycznie i dostarczam swojemu organizmowi zdrowe jedzenie, niezbędne do produkowania energii i prawidłowego funkcjonowania m.in. mózgu. Odczuwalna różnica w samopoczuciu i ogólnie pojętym funkcjonowaniu organizmu zaczyna się nie od określonej liczby na wadze, a już po tygodniu-dwóch-trzech od zmiany swojego stylu życia.

BMI kłamie. Ten wskaźnik został stworzony przez jakiegoś matematyka dla celów rządowych, ale jako tako sprawdza się przy orientacyjnym pomiarze wielkości ciała, więc czemu by go nie używać na skalę globalną właśnie w tym celu (fuck logic). Jeśli ważysz ponad stówę to tak, jesteś gruba, to chyba widać gołym okiem. Chcesz dowiedzieć się z czego składa się te 100 kilogramów i jak się to ma do Twojego zdrowia? Zrób sobie badania krwi oraz analizę składu ciała u dietetyka i będziesz miała odpowiedź.

Wraz z utratą 20 kilogramów, o dziwo nie zniknęły wszystkie problemy tego świata, bo czytając większość „historii schudnięcia” odnoszę wrażenie, że utrata wagi działa właśnie w taki sposób. It’s all in your head. Mówi się, że w zdrowym ciele, zdrowy duch. To prawda, ale dodałabym jeszcze, że zdrowa głowa to zdrowe ciało. Jeśli otyłość nie bierze się z choroby fizycznej ciała, to jest to bardzo prawdopodobne, że odpowiedzialna jest za to nasza głowa. Zaburzenia odżywiania dotykają bardzo wielu osób i dość niewiele z nich zdaje sobie z tego sprawę. Masz problem (nie ważne już jaki), nie radzisz sobie z nim, nie chcesz o tym myśleć, więc: idziesz się napić, naćpać, poimprezować, żyjesz w wirtualnym świecie lub… idziesz się nażreć. Tak to działa. Jeśli poukładasz sobie w głowie, będziesz w stanie zwalczyć swoje uzależnienie. Człowiek nieuzależniony od jedzenia je tyle, ile powinien, więc utrzymuje prawidłową/zdrową masę ciała.

Kończąc już tę „historię schudnięcia” nie mogłabym nie napisać o jeszcze jeden kwestii. Moje przytycie, schudnięcie, znów przytycie i ostatecznie schudnięcie, nie ma (i nie miało) wpływu na to, czy czuję się ładniejsza, bardziej wartościowa czy pewniejsza siebie. Dla mnie to są i zawsze były osobne i niezależne kwestie, ale jeśli już mam na to spojrzeć w ten sposób… Z ramion robią mi się „nietoperze skrzydła”, z cyców ubyło mi 12cm i po schyleniu się mogę nimi zamiatać podłogę i ogólnie skóra na całym ciele straciła na jędrności. Z rzeczy na plus to wchłonął mi się podwójny podbródek (nie byłam jego fanką) i zaczynam być w stanie wciskać się w ciuchy xl, a nie xxl, które są bardziej dostępne. Więc w sumie, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to więcej jest minusów niż plusów, haha :)

Atrakcyjność, seksowność i pewność siebie to stan umysłu! Wykrzykuję swoją zajebistość niezależnie od rozmiaru ubrań, jakie noszę :)

O autorce

Joanna Ka

Modelka plus size, masażystka pracoholiczka, amatorka pole dancingu, gamerka na odwyku, uzależniona od muzyki, szczurza mama.
Curves to Love, czyli kochaj swoje krągłości! to miejsce w którym zarażam kobiety pozytywną energią oraz za swoim przykładem uczę je akceptacji i pewności siebie. Bo przecież nie ma jednego kanonu piękna i nie to ładne, co ładne, ale to co się komu podoba.

komentarze

  • Ha, cieszę się, że wreszcie przyznałaś się do tego, ze będąc grubsza byłaś bardziej chora, że się źle czułaś, miałaś kłopoty ze zdrowiem. Do niedawna dyskutowałaś z ludźmi, którzy krytykowali twój sposób myślenia, że grube może być zdrowe i wmawiałaś sobie i innym, że akceptacja swojej choroby otyłości jest OK. Robiłaś tym krzywdę sobie i innym, którzy znajdowali w tym wytłumaczenie swojej słabości. Brawo koleżanko, tak trzymaj ! Tylko proszę, jak, nie daj Boże, wrócisz znowu do niezdrowych nawyków, nie pisz, że to jest fajne i zdrowe.

    • Przykro mi, że na moim blogu pojawiają się osoby, które nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Być może mój styl pisania nie jest dla wszystkich jasny, trudno. Moja odpowiedź na Twój komentarz nie jest otwarciem do jakiejkolwiek dyskusji. Wyraziłaś swoje zdanie na ten temat.

  • Radzenie sobie z zaburzeniami odżywiania jest tematem bardzo trudnym. Niestety jeszcze do niedawna osoby otyłe były postrzegane wyłącznie jako leniwe obżartuchy, a zaburzeniami odżywiania były wyłącznie anoreksja i bulimia. Teraz powoli się to zmienia, ale nadal wyjątkowo trudno znaleźć dobrego terapeutę, który odpowiednio Cię poprowadzi, aby poradzic sobie z problemem jakim jest kompulsywne jedzenie. Cieszę się, że Ty sobie z tym radzisz, ja również muszę sobie z tym poradzić.

    • A jak już się znajdzie, to nie każdego stać na wydanie kilka stów miesięcznie na kilka spotkań…

  • Cześć! Szczerze gratuluję tych zmian, które dokonaly sie w Twojej glowie, bo ciało jest tylko efektem ubocznym 😉 przeszlam podobna metamorfozę, 40 kg w 2 lata :) z czego 15 w ciagu 3 mcy ostatnich mcy :) mam podobne odczucia, zrozumiałam w końcu z jak wielu aspektów zycia nie moglsm korzystać będąc otyla. Teraz poznaje swiat na nowo. Nadal nie jestem szczypiorkiem bo waze 90 kg ale przebieglam wczoraj pierwszy raz 10 km 😀 życzę każdemu zdrowego podejścia do życia, a kg spadną same :)

    • Według BMI nadal jestem otyła… Ale czuję się teraz nieporównywalnie lepiej, bo zmieniłam styl życia na zdrowszy :) Utrata wagi to tylko skutek uboczny. Gratuluję maratonu! Nadal nienawidzę biegać, wolę piesze wycieczki lub rower 😛

  • Powinno się czytać takie historie. Chcę schudnąć, przytyłam po ciąży, nie w ciąży ale po. Nie podobam się sobie a najbardziej rozpaczam, gdy chcę założyć ciuchy, które nosiłam wcześniej. Usiłowałam ćwiczyć, tylko przytyłam, mimo siłowni i ćwiczeń grupowych. Nie objadam się. Owszem, zjem coś słodkiego ale bez szału a waga ciągle rośnie :(. Mam nadzieję, że nadejdzie dzień, kiedy zacznie mnie być mniej. Takie wpisy, jak Twój, podnoszą mnie na duchu i motywują, dają nadzieję. Pozdrawiam

    • Jeśli bez objadania się i przy wysiłku fizycznym tyjesz, to chyba coś jest nie tak? Może warto kompleksowo się przebadać? Może po ciąży hormony są rozregulowane?

  • Z tym poukładaniem w głowie to święte słowa. Lubię wariacto, spontaniczność i korzystanie z życia na 100%, ale… Nie w nadmiarze. Odkąd odkryłam, że w walce z bulimią moim wybawcą jest rutyna, wszystko wali mi się na łeb na szyję, jeśli nie spędzę odpowiednio dużo czasu sama ze sobą – dopóki nie pomyślę i nie ułożę sobie wszystkiego. Teraz czasami bliscy znajomi biorą mnie za sztywniarę albo introwertyczkę, ale to nic. Bo to, co mamy w głowach na serio jest najważniejsze. Bardzo Ci gratuluję pozytywnego podejścia do życia, pięknej energii i sukcesu w dążeniu do zdrowej siebie. P.S. przeczytałam wpis o zaburzeniach dożywiania. Ta metafora z pudełkiem kredek zostaje w mojej głowie na zawsze. Dziękuję!

  • Kochana,
    Bardzo mądry i ciekawy artykuł. Tak trzymać!
    Życzę Ci abyś miała taką wagę w jakiej się sobie podobasz, już na stałe.
    Żyj pełnią życia i nie przestawaj pisać :*

zostaw komentarz

Powered by themekiller.com anime4online.com animextoon.com